ZNALAZŁEM WSZYSTKO, GDY ZNALAZŁEM CHRYSTUSA!

ZNALAZŁEM WSZYSTKO, GDY ZNALAZŁEM CHRYSTUSA!

ANTHONY PEZOTTA

10 LISTOPADA 1999

Anthony Pezotta urodził się w północnych Włoszech. Jego wielką ambicją była praca kapłańska praca misyjna, i dlatego wstąpił do seminarium duchownego w wieku 11 lat.

Po jedenastu latach nauki ukończył studia licencjackie z filologii greckiej i filozofii. Teologiczne studia magisterskie zawiodły go do Anglii, Niemiec, Hiszpanii i wreszcie z powrotem do Włoch, gdzie został wyświęcony na księdza rzymsko-katolickiego.

Zaraz po przyjęciu święceń został wysłany jako misjonarz na Filipiny, gdzie pracował przez trzynaście lat. Już jako misjonarz był dyrektorem w kilku szkołach i seminariach katolickich. W czasie, gdy osobiście poznał Jezusa Chrystusa, uczył filozofii i teologii w jednym z większych seminariów, gdzie pełnił również obowiązki administratora.

Tony (woli, żeby nazywać go w ten sposób) jest teraz misjonarzem kościoła ewangelicznego oraz profesorem teologii w Azjatyckim Seminarium Teologicznym oraz w dwóch szkołach biblijnych.

________________________

Podczas studiów teologicznych w Anglii zaczęły mnie nękać poważne wątpliwości dotyczące szeregu doktryn mojego kościoła (rzymsko-katolickiego), które były trudne do pogodzenia z Pismem Świętym. Wątpliwości te nie dawały mi spokoju nawet po święceniach, gdy służyłem jako misjonarz na Filipinach. Próbowałem je jakoś przezwyciężyć, rzucając się w wir obowiązków. Mój rozkład zajęć był tak napięty, że miałem bardzo mało czasu na dociekania czy modlitwę.

Po dziesięciu latach ciężkiej pracy wróciłem na rok do Włoch, żeby odpocząć. Byłem wolny od presji i ciężkiej pracy, a mój umysł wciąż wracał do starych wątpliwości doktrynalnych, które w tym czasie zaczęły się nasilać. Pojawiła się we mnie determinacja, by wreszcie znaleźć satysfakcjonujące rozwiązania. Czytałem nieprzerwanie, sięgając do pism naszych wielkich teologów i nauczania papieży, lecz wątpliwości nadal nie ustępowały. Odkryłem niespójność tradycyjnych doktryn kościelnych, takich jak sakramentalizm, kapłaństwo jako szczególna kasta wierzących, pośrednictwo Marii i świętych, rola obrazów i figur w pobożności, odrodzenie przez chrzest niemowląt, ofiara mszy świętej, obowiązkowy celibat kapłanów i biskupów, zbawcza wiara jako intelektualne przekonania, a nie jako położenie ufności w Osobie Jezusa Chrystusa itd. Gdy porównałem to wszystko z jasnym i wyraźnym nauczaniem Pisma Świętego, zacząłem wątpić, czy rzeczywiście kościół i papież mogą posiadać autorytet większy niż samo Słowo Boże.

Pamiętam, że po powrocie na Filipiny w 1972 roku odłożyłem na bok wszystkie książki teologiczne, koncentrując się wyłącznie na jednej Księdze, czyli na Słowie Bożym, a szczególnie na Nowym Testamencie. Biblia stała się obiektem mojego czytania, przemyśleń, nauczania i głoszenia kazań. W stosunkowo krótkim czasie to właśnie Biblia odpowiedziała na wszystkie moje pytania i rozwiała wszelkie wątpliwości, włącznie z poważnym problemem dotyczącym autorytetu nauczycielskiego kościoła i tak zwanej tradycji apostolskiej. „Gdybyśmy nawet my – pisze apostoł Paweł – lub anioł z nieba głosił wam Ewangelię różną od tej, którą wam głosiliśmy – niech będzie przeklęty! Już to przedtem powiedzieliśmy, a teraz jeszcze mówię: Gdyby wam kto głosił Ewangelię różną od tej, którą (od nas) otrzymaliście – niech będzie przeklęty!” [List do Galatów 1:8-9 BT).

Pod koniec stycznia 1974 roku byłem w Santa Cruz, na południe od Manili, gdzie niedawno zbudowano piękną kaplicę Konserwatywnego Kościoła Chrześcijan Baptystów. Nigdy wcześniej nie wchodziłem do protestanckiego kościoła, więc zajrzałem tylko na chwilę, żeby się po cichu rozejrzeć. Niemal natychmiast zostałem przyjaźnie przywitany przez jakiegoś wiernego, który stał w pobliżu. Nalegał, żebym pozwolił się przedstawić pastorowi Ernesto Montealegre, który okazał się być wspaniałym mężem Bożym.

Rozmawialiśmy przez kilka godzin i robiłem, co mogłem, żeby nawrócić go na katolicyzm, a on spokojnie odpowiadał na wszystkie moje pytania i wątpliwości, cytując Biblię, którą ja, jako katolicki kapłan, uznawałem za Słowo Boże. Nie udało mi się zrobić z niego katolika, ani on nie nawrócił mnie na protestantyzm. Mimo to, większość jego odpowiedzi pochodzących z Biblii, w połączeniu ze szczerą miłością, jaką mi okazywał, uderzało mnie z wielką siłą.

Od tego dnia, rozpoczął się w moim życiu okres nieustannego lęku: bezsenne noce, paraliżujący strach przed podjęciem decyzji i przerażający brak odwagi, by wyznać prawdę zawartą w Piśmie Świętym. Podczas jednej z takich nocy, gdy czytałem List do Tytusa, moją uwagę przykuł werset 5 w rozdziale 3: „Nie ze względu na sprawiedliwe uczynki, jakie spełniliśmy, lecz z miłosierdzia swego zbawił nas przez obmycie odradzające i odnawiające w Duchu Świętym” [BT].

Zdałem sobie sprawę, że wprawdzie wierzyłem w Chrystusa, lecz całą ufność dotyczącą prawdopodobnego (nie byłem tego pewien) otrzymania życia wiecznego w przyszłości, pokładałem tak naprawdę w sobie samym – we własnych uczynkach i dziełach. Taka była moja prawdziwa postawa. No, bo przecież – myślałem – jestem wierny złożonym ślubom, przykazaniom kościelnym oraz regułom zakonnym i mam nadzieję, że z tego powodu Bóg da mi życie wieczne w niebie. Widząc, że przez całe życie bardziej ufałem sobie niż Chrystusowi, zacząłem się obawiać, że być może w ogóle nie jestem chrześcijaninem. Cóż miałem począć? Jeśli zacznę żyć i głosić kazania zgodnie ze Słowem Bożym, wkrótce mój biskup i przełożony w zakonie nakażą mi przestać, albo opuścić zakon. Jeśli podejmę decyzję o porzuceniu kapłaństwa i kościoła, co na to powie moja matka i rodzina? Ich największą radością i dumą posiadanie kapłana-misjonarza w swoim gronie. Co powie mój biskup, co powiedzą moi koledzy i uczniowie? Przecież mnie kochają i podziwiają. „Co pomyślą ludzie?” – na tym polegał mój problem.

Wieczorem 20 lutego 1974 roku, gdy siedziałem samotnie w swoim pokoju, czytając Ewangelię Jana, Pan przemówił do mnie: „Niemniej jednak i spośród przywódców wielu w Niego uwierzyło, ale z obawy przed faryzeuszami nie przyznawali się, aby ich nie wyłączono z synagogi. Bardziej bowiem umiłowali chwałę ludzką aniżeli chwałę Bożą” [Jan 12:42-43, BT].

Ostatnie słowa przeniknęły mnie niczym ostry miecz, a zarazem napełniły siłą i odwagą. Uświadomiłem sobie, że akceptację ze strony ludzi postawiłem wyżej od prawdy Bożej. Wyznałem to Bogu jako grzech i poczułem się wolny! Tej nocy spałem już bez cierpień i tej paraliżującej obawy przed podjęciem decyzji, jaką odczuwałem od tygodni. Gdy obudziłem się nazajutrz, przypomniał mi się tamten pastor baptystów, z którym rozmawiałem. Ubrałem się pospiesznie i pojechałem do jego kaplicy, gdzie rozmawialiśmy przez jakiś czas. Z radością przyjąłem kilka ulotek, które mi dał. Gdy się rozstawaliśmy, zapytałem go niespodziewanie: „Czy gdyby, opuścił mój kościół, mógłbym się u was zatrzymać? Przyjęlibyście mnie?” Uśmiechnął się i odpowiedział: „Mamy tutaj pokój gościnny, a wierzący zatroszczą się o Ciebie!”

Pięć długich dni modliłem się przed podjęciem, decyzji, błędnie mniemając, że teraz wszystko zależy już ode mnie. Kiedy się jednak zdecydowałem, zupełnie nie miałem odwagi, by tę decyzję wprowadzić w życie!

We wtorek 26 lutego, gdy modliłem się zaraz po przebudzeniu, zdałem sobie sprawę, że najważniejszą kwestią nie jest to, czy opuszczę kościół, lecz to, czy rzeczywiście przyjmę Jezusa Chrystusa i tylko Jego jako mojego osobistego Pana i Zbawiciela. Uczyniłem to, poddając Mu całe swoje życie i wszystko, co mam i kim jestem. Poprosiłem Go, by nadał kierunek mojemu życiu. I On to zrobił. Teraz, gdy należałem już do Niego, dodał mi sił. Zostawiłem za sobą wszystko: samochód, książki, karierę… . Napisałem list rezygnacyjny do biskupa i przeniosłem się do nowo odnalezionej rodziny duchowej w Santa Cruz.

Cóż to była za zmiana! Wreszcie czułem się wolny: Wolny od grzechu, bo Jezus za moje grzechy zapłacił. Przestałem być zniewolony opinią innych ludzi, bo wreszcie mogłem żyć i nauczać zgodnie ze Słowem Bożym. Jakże prawdziwe stały się dla mnie słowa Chrystusa: „Jeżeli będziesz trwać w nauce mojej, będziecie prawdziwie moimi uczniami i poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli” [Jan 8:31-32].

3 marca w południe wyznałem publicznie moją ewangeliczną wiarę i zostałem ochrzczony w rzece Santa Cruz, płynącej opodal kaplicy. Byłem przepełniony radością i poznałem, czym jest wolność od wszelkich wątpliwości. Pamiętam pewnego księdza, który odwiedził mnie kilka dni później, pytając: „Tony, jak śmiałeś podjąć taką decyzję? Opuściłeś kościół KATOLICKI: dwadzieścia wieków kultury, papieży, świętych, kapłaństwo, wszystko, czego się nauczyłeś i co tak długo szczerze kochałeś!” Odpowiedziałem mu wtedy: „Tak naprawdę niczego nie opuściłem, a raczej ZNALAZŁEM WSZYSTKO, GDY ZNALAZŁEM CHRYSTUSA!”

Leave a Comment